Jeśli nowe prawo będzie obowiązywać, do samorządów dostaną się jedynie kandydaci dużych partii z minimum 20 proc. poparcia. Powód? Ordynacja wprowadza nieduże, maksymalnie czteromandatowe okręgi w wyborach do Sejmiku (dziś są nawet piętnastomandatowe) i likwiduje jednomandatowe okręgi wyborcze w mniejszych miejscowościach. To posunięcie wyklucza na starcie kandydatów mniejszych ugrupowań i lokalnych komitetów.
Zmiana okręgów to tylko część modyfikacji. Upartyjniony będzie nawet sam proces wyborczy. Wyborów nie będą organizować już samorządy, ale Państwowa Komisja Wyborcza, z nowym szefem podporządkowanym rządowi. Nadzorowaniem głosowania zajmą się nowi komisarze powołani przez urzędników PiS. Głosy liczyć będzie nie komisja lokalna, ale centralna.
PiS oczywiście jest pewien swego, bo przy sondażach w okolicach 40 proc. może zdobyć nawet wszystkie mandaty w okręgu. Co najwyżej jeden odda czasem PO, która oscyluje w okolicach 20 proc. W ten sposób minimum 40 proc. Polaków będzie pozbawionych własnej reprezentacji w samorządzie. Czy chcemy w Polsce samorządu całkowicie upartyjnionego?
Pozostaje mieć nadzieję, że prezydent zauważy niekonstytucyjność w projekcie i go nie podpisze. Artykuł 169 Konstytucji mówi bowiem wyraźnie, że wybory do samorządów są powszechne, równe i bezpośrednie. A jeśli już wprowadzać nowe przepisy, to dopiero w kolejnych wyborach w 2022 roku. Wtedy wszystkie komitety zdążą jakoś przystosować się do zmian.
Samorządy to małe ojczyzny, z definicji nie mogą być upartyjnione. We władzach lokalnych najwięcej do powiedzenia muszą mieć zwykli mieszkańcy, nie partyjni funkcjonariusze. Władysław Kosiniak - Kamysz, prezes PSL powiedział, że ordynacja jest zbójecka. I trudno się z tym nie zgodzić.
