Ministerstwo Środowiska zauważyło problem dopiero po kilku tygodniach od wejścia ustawy w życie. Kilka dni temu minister Henryk Kowalczyk doszedł do wniosku, że szkody wyrządzane przez zwierzynę powinni jednak oceniać myśliwi. "Zwracam się z uprzejmą prośbą o podjęcie ze strony dzierżawców lub zarządców obwodów łowieckich szacowania szkód łowieckich" - napisał w piśmie do przewodniczącego Polskiego Związku Łowieckiego Piotra Jenocha.
Myśliwi jednak wcale nie palą się do wzięcia na siebie odpowiedzialności. Rządzący nie słuchali ich protestów podczas procedowania ustawy, uchwalili prawo w pośpiechu mimo merytorycznych uwag opozycji. Rozwiązanie nie podoba się również rolnikom. Teraz ministerstwo skazuje ich bowiem na łaskę i niełaskę myśliwych, którzy szkód szacować wcale nie muszą, bo przecież minister ich tylko „prosi”, do niczego nie zmusza. W ten sposób rząd PiS skłóca myśliwych z rolnikami, nie zbliżając się wcale do rozwiązania problemu.
Nietrudno było przewidzieć, że majstrowanie PiS przy prawie łowieckim skończy się bublem prawnym. Wcale nie czuję satysfakcji, że ostrzegałam przed tym finałem. A wystarczyło podejść do sprawy poważnie. Wysłuchać opinii wszystkich zainteresowanych stron i dopracować przepisy, a nie uchwalać je "na kolanie".
Polskie Stronnictwo Ludowe wystąpiło z inicjatywą upodmiotowienia sołtysów. W jaki sposób? Chcemy, żeby sołectwo było po oficjalnym najniższym szczeblem samorządu, a sołtysi otrzymywali pensję 1000 zł miesięcznie. Dopiero wtedy można byłoby obciążać ich obowiązkami. Złożyliśmy już projekt odpowiedniej ustawy i czekamy na reakcję polityków innych ugrupowań.
Będzie to swoisty test, jak poważnie traktują polską wieś.
